Saturday, January 26, 2013

Rio Verde

Parque Lage / Jardim Botanico - Kodak E100G / Fuji Provia 100F

Thursday, January 24, 2013

Made in Italy

Milano - Kodak E100G

Wyjątkowo opornie idzie mi skanowanie zdjęć z ostatniego wyjazdu. Zostały mi jeszcze dwie rolki, czyli pracy w zasadzie niewiele ale czasu brak. Póki co wrzucam więc kilka zdjęć z Mediolanu i Rzymu, gdzie spędziliśmy po jednym dniu i jednej nocy. Żałuję, że nie dłużej, bo po Paryżu zaczynamy chyba doceniać uroki europejskich stolic :) Szkoda jedynie, że nie ma w nich miejsca na spontaniczność - w Mediolanie ominęła nas przyjemność obejrzenia Ostatniej Wieczerzy, bo nie dokonaliśmy wcześniejszej rezerwacji a w Rzymie muzeum watykańskie było akurat zamknięte. Nie ma jednak tego złego - mamy nadal powody by któregoś dnia tam wrócić, zwłaszcza, że bilety lotnicze między Polską a Włochami należą do jednych z najtańszych jakie widziałem. Był to też jeden z powodów dla których w ogóle zatrzymaliśmy się w Rzymie - wygodniej było nam odpuścić ostatni odcinek podróży Alitalią i wrócić stamtąd niż z Frankfurtu, który był portem docelowym na naszych biletach.

 Milano - Kodak E100G

W Mediolanie spotkaliśmy się z Wenwen poznaną kilka lat temu w Hangzhou w Chinach, spróbowaliśmy kilku włoskich smakołyków, pojeździliśmy tramwajem na gapę.. I tak zleciał nam cały dzień. W stosunku do Rzymu mieliśmy dużo bardziej złożone plany i, pomijając wieczorną ulewę oraz zamknięte muzeum, dzień był równie udany a pogoda wyśmienita. Nigdy nie byliśmy zwolennikami "jednodniowego podróżowania" ale teraz postrzegamy takie postoje jak wisienkę na torcie każdej podróży oraz zachętę do kolejnej wizyty :)

Roma - Fuji Pro 160NS / Fuji Provia 100F

Friday, January 11, 2013

Um dia no Paraty..


..Czyli jeden dzień w najbardziej malowniczym miasteczku w jakim byłem :)

Color by Kodak E100VS.

Sunday, December 30, 2012

A Summer Odyssey 2007

Dla jednych zbliżający się Nowy Rok to okazja do podejmowania kolejnych postanowień, inni myślą nad tymi, które udało im się (bądź nie) zrealizować w roku poprzednim. Tak czy inaczej tradycją chyba stało się, że te kilka wolnych dni, w mniejszym lub większym stopniu, poświęcamy na pożegnanie z przeszłością i wyjściu naprzeciw temu, co dopiera nas czeka. Ja, wyjątkowo w tym roku cofnę się dość daleko wstecz, bo właśnie niedawno skończyłem skanowanie starych zdjęć i zebrałem je w kolejny album.


Od 2007 roku minęło sporo czasu a zdjęcia, które trafiły do tego albumu miały okazję wisieć bodajże na 3 różnych blogach, które miałem. Tym niemniej, po tylu latach kompletowanie ich sprawiło mi sporo frajdy, zwłaszcza, że jedne z moich ulubionych wcale nie są mojego autorstwa a Pauliny.


Jako, że na tym blogu jeszcze nigdy o tym nie wspominałem, to spieszę wytłumaczyć, że w 2007 roku po raz pierwszy byliśmy z Pauliną za granicą (dalszą niż czeska..) i spełniłem wówczas moje największe marzenie obierając za punkt docelowy Chiny. Z perspektywy czasu nie jestem pewien czy była to dobra decyzja, bo choć ja swoje marzenie już spełniłem, to w Paulinie obudziło się nowe i co wakacje słyszę to samo, czyli: "Ja chcę do Chin" :)


Nie będę się rozpisywał jak wielkiego szoku doznaliśmy przylatując wówczas na miejsce i jak bardzo Shanghai różnił się od naszego wyobrażenia o nim. Spędziliśmy tam prawie dwa tygodnie tułając się ulicami pełnymi ludzi, zapachów i wszelkiej maści towarów, których nigdy wcześniej ani później nie zobaczyliśmy w Polsce. Z jednej strony wychowany na filmach z Jackie Chanem i Jetem Li byłem nieco rozczarowany metropolią, która w niczym nie przypominała "Once Upon a Time in China" a z drugiej zachwycony tym jak bardzo rozwinięte jest jedno z największych miast świata. Wystarczyło zobaczyć Shanghai a już nic nie było dla nas takie samo jak wcześniej..


Drugim stopem w prawie miesięcznej podróży było Hangzhou. W planie mieliśmy także Suzhou, ale jako, że założeniem naszej podróży było "pomieszkanie" w Chinach a nie zwiedzanie, wsiąkliśmy tam na dobre.
Najlepiej wspominam dźwięk cykad, których już nigdy podczas późniejszych podróży do Azji nie słyszeliśmy (prawdopodobnie ze względu na porę roku) i rowerowe eskapady poza miasto, z których to powodu wróciliśmy do Hangzhou 3 lata później.


Jeśli ktoś ma ochotę, zachęcam do przejrzenia albumu poniżej. Zgodnie z tradycją zdjęcia z analoga, choć jeszcze nie w kwadracie :)


Przy okazji wszystkim Czytelnikom pragnę życzyć bogatego w pozytywne doświadczenia roku 2013!

Wednesday, December 19, 2012

Ilford FP4+ 125 @ 3200

Czas na krótką, techniczną notkę.
* Scroll down for English *

St. Peter's Square, Vatican City - Ilford FP4+125 @3200

Bardzo długo przeczesywałem sieć w poszukiwaniu informacji jak wywołać Ilforda FP4 Plus z dość potężnym "Pushem". Zdarzają się takie sytuacje, które jasno mówią mi, że internet nie wie wszystkiego i są jeszcze pewne ścieżki do przetarcia - tak było właśnie tym razem. Gdy ktoś pyta na forum jak popchnąć FP4+ o jeden, dwa, czasem nawet trzy stopnie, spada na niego lawina pytań typu "A po co tyle?", "A dlaczego ten film?", "A czemu nie kupiłeś cyfry?". Życie uczy więc, że nie ma pytań głupich, są tylko głupie odpowiedzi. Nie rozwodząc się więc zbyt długo nad tym dlaczego czasami zostaje nam tylko ten jeden film w kieszeni i dlaczego słońce musi zachodzić zamiast świecić cały dzień przejdźmy do rzeczy.

St. Peter's Basilica, Vatican City - Ilford FP4+125 @3200

Podstawowe czasy dla Ilforda FP4+ wywoływanego w Fomadonie (Rodinalu) R09 1+25 i 20*C to:
ISO 125 = 9min
ISO 200 = 13min
ISO 400 = 20min

Korzystając z moich znikomych umiejętności matematycznych wyliczyłem sobie, że na każdy 1 stopień czas wydłużamy o +/- 48% i wg. tego schematu kolejne (niepotwierdzone nigdzie w sieci) czasy wywołań powinny wyglądać tak:
ISO 800 = 29min
ISO 1600 = 43min
ISO 3200 = 64min

Doświadczeni wiedzą zapewne o różnych trikach zwiększających prawdopodobieństwo sukcesu, które trzeba stosować podczas długich czasów wywoływań. Moje pojęcie o technikach wywoływania jest jednak dość blade, więc mając prawie dwuletni R09 postawiłem jednak na prostotę i wydłużyłem jedynie czas o dodatkowe 16min odpowiadające ok 1/2 stopnia. Żałuję, że tylko tyle, bo conajmniej drugie tyle jeszcze zabrakło.

A zatem:
Ilford FP4+125 w R09 1+25 20*C @ 3200
64min + dodatkowe 16min "dla pewności"
8 obrotów na każde 3min przez pierwsze 40min
5 obrotów na każde 3min przez drugie 40min (w połowie wystraszyłem się nieco zbyt wysokiego kontrastu i chyba słusznie..)

St. Peter's Basilica, Vatican City - Ilford FP4+125 @3200

Wbrew wielu opiniom, że tego filmu nie da się wywołać w 3200, jako ciemniowy laik, zapewniam, że owszem, da się. Rewelacji jak widać nie będzie, ale jeśli dobrze przypilnować czasu naświetlania jeszcze na wstępie (czego ja akurat nie zrobiłem, bo w Bazylice Św. Piotra w Watykanie było dla mnie za ciemno nawet przy 3200 i światłomierz nie dawał pomiaru), z późniejszym wywołaniem nie powinno być kłopotów.

St. Peter's Square, Vatican City - Ilford FP4+125 @3200


* * *
I've searched the internet for any advices regarding heavily pushed Ilford FP4+ 125 and since I couldn't find any helpful ideas I decided to pave the way myself. 
So without further ado, let's PUSH that FP4+ to 3200!

As the basic development charts say, developing times for Ilford FP4 Plus 125 and Rodinal R09 (1+25) 20*C are as follows:
ISO 125 = 9min
ISO 200 = 13min
ISO 400 = 20min

Despite my poor math skills, I managed to calculate that for each stop of pushed FP4+ I need to add +/- 48% of basic dev.time. Which is..
ISO 800 = 29min
ISO 1600 = 43min
ISO 3200 = 64min (5 stops!)

As I'm still pretty green when it comes to developing film and my R09 is almost two years old (ordinarily stored in a closet), I thought it might be a good idea to add 16mins more which is somewhere around 1/2 stop. In the end my pictures were still underdeveloped, so I guess adding some more time could be a solution. Just remember it's quite tricky to keep the temperature for such long time!

So here's what I exactly did:
Ilford FP4+125 in R09 1+25 and 20*C @ 3200
64mins + additional 16min just to "make sure"
8 inversions each 3mins for the first 40mins
5 inversions each 3mins for the second 40mins (I was uncertain as to contrast I wanted to get and now I guess 4 inversions would be enough already)

Unfortunately, most of the shots taken on this roll were underexposed because of poor lighting conditions at St. Peter's Basilica in Vatican, so I guess it was rather my fault at the very beginning. So considering this - developing FP4 at iso 3200 should be a piece of cake for anyone (this is my 4th self-developed film!). Of course it would be a lot better to have Delta 3200 in your pocket instead of pushing FP4 five stops, but the question was: IS IT POSSIBLE - and the answer is yes!

I hope that someone will find this informations helpful!

Friday, December 7, 2012

Cidade de Niemeyer

Od kilku ładnych miesięcy wyczekiwałem aż Taschen wyda z serii "Basic Architecture" album, który towarzyszyłby mi w drodze do Rio. Z miesiąca na miesiąc termin wydania był przesuwany aż wreszcie parę dni temu, ku mojej wielkiej uciesze, informację "Coming soon" zamieniono wreszcie na "In stock".
W porządku, myślę sobie, paczka już leci, więc wstrzymam się jeszcze z pisaniem notki - być może przytoczenie kilku ciekawostek z albumu podratuje nieco fatalne zdjęcia, które mam tu zamiar wrzucić ;)
I teraz niespodzianki nie będzie a ja mam z kolei wątpliwości czy to dobra okazja by pisać, ale stało się - twórca brazylijskiego modernizmu, Oscar Niemeyer, zmarł.

MAC, Niterói - Fuji Pro 400H

Choć odszedł wczoraj, informacja obiegła świat właśnie w Mikołajki i internet w tej chwili dosłownie pęka w szwach od zdjęć Brasilii, Sambodromo czy muzeum MAC. Przysięgam, jak jeszcze kilka dni temu polskojęzyczne strony opisujące dokonania Brazylijczyka można było policzyć na palcach Myszki Mickey, tak teraz chyba tylko Pudelek powstrzymał się od kopiowania newsów. Ale to się chwali - przynajmniej moje małe kłamstwo, które sprzedałem pewnej dziewczynie w Niteroi, że Niemeyer jest u nas bardzo znany stało się faktem..

Będąc w Rio jednym z ważniejszych punktów na naszej mapce było leżące po drugiej stronie zatoki Guanabara Niteroi. Sądząc po nazwie można się spodziewać ruin miasta po nuklearnej zagładzie, w rzeczywistości jednak to tylko kolejna, pozornie nieciekawa mieścina. Zaznaczam jednak, że tylko pozornie, ponieważ to właśnie tutaj, na dystansie ok 4km można zobaczyć aż 6 budowli Oscara Niemeyera - a być może jako gratis przeżyć, tak jak my tamtego dnia, ulewę stulecia. Mógłbym dodać do tego jeszcze rozczarowanie stulecia, ale o tym za chwilę.

Baía de Guanabara - Fuji Pro 400H

Z Rio do Niteroi można dostać się autobusem, pokonując najdłuższy most w Brazylii (13km), bądź łapiąc prom kursujący przez zatokę (ok R$10 o ile mnie pamięć nie myli). Choć promy w Rio ani sama zatoka nie są tak ładne jak te w Hong Kongu to po drodze mija się niesamowity neogotycki pałac, gdzie w 1889 odbył się ostatni huczny bal zorganizowany przez Cesarza Brazylii, tuż przed proklamowaniem Republiki. Jeśli ktoś chciałby wiedzieć jak wyglądała taka impreza to powinien sobie wyobrazić 1300 kurczaków, 800kg krewetek i 10000l. piwa.
Tuż nad zatoką mieści się także jedno z lotnisk jakim dysponuje miasto - bardzo fajna sprawa dla planespotterów, zwłaszcza, że niektóre prywatne samoloty można niemal dotknąć przez ogrodzenie, po samej zatoce natomiast, prócz promów, pływają imponujące okręty marynarki wojennej.

Nas jeszcze przed dotarciem na drugi brzeg złapał deszcz, który z minuty na minutę przeradzał się w prawdziwą ulewę. Po opuszczeniu promu pogoda była już po prostu obrzydliwa a my przez dobre pół godziny szukaliśmy wyjścia z ogrodzonego parkingu, na który przypadkiem weszliśmy kierując się w stronę białych kopuł budynków Niemeyera. Po drodze mijali nas szaleni kierowcy chlapiąc hektolitrami wody a co kilka metrów na chodnikach (i nie tylko!) leżały martwe ryby..


W końcu jednak udało nam się dotrzeć do ostatniego ogrodzenia dzielącego nas od placu. Teren zamknięty, jak się okazuje. Wielkie rozczarowanie.. Budynki są nieczynne - prowizoryczna siatka dookoła jak na placu budowy, szlaban przy podjeździe, kierowca pokazuje jakieś pozwolenie.. Zrobiłem więc kilka zdjęć przez płot, kombinując wcześniej z której strony najlepiej podejść i jak nie potargać sobie gaci na rosnących dookoła kaktusach i agawach. Bliski rezygnacji myślę sobie, że nie zaszkodzi spytać ochrony czy moglibyśmy wejść i zrobić zdjęcie z bliska, w końcu jako turysta mam prawo przynajmniej do zadawania głupich pytań ;) I ku mojemu zdziwieniu, pokazując jedynie na aparat usłyszałem od razu: "Room 5". Ale jaki "room 5"? Ja chcę tylko "photo". No to znowu: "Room 5" i kciuk podniesiony do góry (Brazylijczycy notorycznie używają gestu "thumbs up", żeby coś potwierdzić, podziękować, wyrazić uznanie). Ekscytacja rośnie i wyobraźnia zaczyna działać - jesteśmy na terenie zamkniętym, prawdopodobnie jako jedni z nielicznych mamy okazję zobaczyć nieukończone dzieła Niemeyera (jak się później okazało ich publiczne otwarcie, mimo późniejszego zamknięcia, miało miejsce już dawno temu), do tego zaraz zrobię im przepiękne zdjęcia i dokonam pionierskiego czynu - jako pierwszy Polak będę stąpał po tej ziemi! Ha, gdyby to było wszystko! Co wy, to dopiero początek. Wchodzimy do Room 5 i tam wita nas na stojąco Pani, która pyta o cel wizyty i kraj pochodzenia oraz wyznacza jedną z obecnych w biurze dziewczyn na naszego przewodnika. Jest mi bardzo przykro, że nie pamiętam jej imienia, Paulina wie tylko, że to był jej pierwszy dzień pracy i pochodzi z Lizbony. Oprowadzała nas po placu opowiadając o budynkach możliwie najwięcej przez ładne kilkanaście minut w gęstym deszczu i olbrzymich kałużach - dla nas bez różnicy, bo buty już dawno zamokły a parasole przeciekały od spodu, współczuję jednak takiego pierwszego dnia w robocie. Opowiadała o teatrze, budynku Fundacji Niemeyera, pawilonie ku pamięci gubernatora Niteroi, Roberto Selveiri. Wspominała, że projekt zabudowy znany jako Caminho Niemeyer jest wciąż nieukończony i sporą przeszkodą w procesie jest stan zdrowia 104-letniego architekta przebywającego ostatnimi czasy w szpitalu.
Ja, przez te kilkanaście minut czułem, że spełnia się moje małe marzenie i zamieniam się w Juliusa Shulmana. Dwie dziewczyny chodzą za mną, trzymają parasol nad głową a ja podziwiam betonowe struktury przez wizjer Hasselblada - wszystko to na tle dzikich wzgórz, dzikiej krainy tysiące kilometrów od domu - takie rzeczy tylko w snach!

I długo nie trzeba było czekać na koniec pięknego snu. Wystarczyło podziękować za możliwość wizyty, wsiąść w autobus mknący do MAC, czyli Museu de Arte Contemporânea de Niterói i wreszcie obudzić się z tej sielanki. W autobusie zacząłem się zastanawiać dlaczego nie zmieniłem jeszcze filmu - przecież zrobiłem jedno zdjęcie jeszcze przed Niteroi, a na same obiekty też poszło kilka klatek, nie licząc nawet tych przez siatkę, przed wejściem do środka.. Odpowiedź była prosta. Film zakładałem w wielkim pośpiechu i zapomniałem przekręcić korbki do przesuwu filmu. Jeśli nie przekręcisz korbki to nie przewiniesz tych kilkudziesięciu centymetrów papieru, który osłania kliszę, ERGO k*&@, zdjęcia będziesz robił na nie-światło-czułym papierze a dopiero potem zacznie się film.
Minę jaką miewam, gdy odkrywam przerażającą prawdę o swojej głupocie widziała tylko Paulina i być może te kilka osób, których zmasakrowane korpusy odnajdywano swego czasu w Krakowie.. Nie zmienia to jednak faktu, że błąd był nieodwracalny i spośród kilku naprawdę dobrych zdjęć, które czułem, że tam zrobiłem nie złapało się na kliszy żadne. Zostałem więc z 3 ostatnimi gniotkami i z fatalnym poczuciem, że Juliusem Shulmanem po prostu trzeba się urodzić.

Memorial Roberto Silveira / Teatro Popular de Niterói - Fuji Pro 400H

Smak porażki nie przechodzi tak łatwo i przyjemność z wizyty w futurystycznym Muzeum Sztuki Współczesnej, znanej jako MAC, była niestety tego dnia wątpliwa. Po drodze mieliśmy okazję zobaczyć też parę innych miejsc wchodzących w skład Caminho Niemeyer leżących wzdłuż wybrzeża, ale to też nie było to samo..

MAC, Niterói - Fuji Pro 400H

Po opuszczeniu MAC i przejściu dość długiego odcinka z powrotem  zauważyliśmy, że ruch w tej części miasta jest jednostronny i nie ma opcji, żeby złapać autobus powrotny. Prawdopodobnie trzeba w tej sytuacji wsiąść do tego samego, którym się przyjechało a i tak ostatnim przystankiem będzie zajezdnia w pobliżu promów. My jednak poszliśmy pieszo moknąc już do suchej nitki - w zasadzie mogliśmy już nie płynąć promem tylko wpław.. ;)

MAC, Niterói - Fuji Pro 400H

Trochę ubolewam nad warunkami jakie zastaliśmy w Niteroi, bo może gdyby nie deszcz, inaczej opisywałbym ten dzień spędzony w drugim po Brasilii mieście Niemeyera. Pocieszającym jest jednak fakt, że mieliśmy możliwość mieszkać w jednym z domów jego autorstwa :) Chill hostel w Babilonii właśnie tym się szczyci i, choć nie mam możliwości tego zweryfikować, wszelkie znaki mówią, że tak właśnie jest. Właściciele niestety sami nie szanują tej architektonicznej perełki jaką się otaczają i przerabiają dom jak im się żywnie podoba, nie mówiąc już o syfie jaki tam zastaliśmy płacąc w końcu niemałą dla nas kasę za noclegi.

Tak czy inaczej wszystko, czego doświadczyliśmy i co udało nam się zobaczyć, nawet w chłodzie, głodzie i brzydkiej pogodzie, gdziekolwiek byśmy nie byli, było tego warte. Polski tytuł filmu, którego trailer możecie obejrzeć poniżej, jeśli zainteresował Was Niemeyer brzmi "Życie jest westchnieniem". Troszkę banalnie, ale ile w tym prawdy..